Mandat kojarzy nam się tylko i wyłącznie z Policją, która wpisuje je za niedozwoloną prędkość, bądź inne wykroczenia. Jednak do wpisania mandatu upoważnieni są także tzw. kanary, którzy w bezlitosny sposób zmniejszają objętość naszego portfela bądź kont bakowych. Suma takiego mandaciku wacha się w granicach od 100 zł, jeśli zapłaci się go od razu na miejscu, do 200 zł, jeśli upłynie 14 dni roboczych, od daty wystawienia mandatu.
Kanary są jednak bezlitośni! Nie idą na żadne ustępstwa, a wymówki pasażerów znają na pamięć. Nie chcą nawet słyszeć, że jesteś obcokrajowcem, a twoja polszczyzna to zbiór trzech wyrazów TAK, NIE, NIE WIEM. Takich strategii próbują szczególnie młodzi ludzie, którzy na własne nieszczęście polegają w walce z potworem. Tak samo nie działa sposób na głuchoniemego, który swój problem pragnie opisać językiem migowym, on jednak przechodzi do swojej roboty i… witaj mandaciku! Zostaje jeszcze jeden sprawdzony pomysł na pozbycie się szarańczy, z góry mówię, że nie skutkuje. Sposób ten można nazwać „na litość” biedny pasażer, ze łzami w oczach, uporczywie wyjaśnia swoją rodziną sytuację, że umarła mu matka, a ojciec miał ciężki wypadek, spalił się mu dom, nie ma na bułkę, a co dopiero na bilet. Tragizm tej postaci, został założony z góry. Jak widać sposoby sprawdzone przez fachowców, zakończyły się białą karteczką z czerwonym drukiem i podpisem kontrolera.
A jak właściwie poznać człowieka, który może, za brak małego papierka, wlepić nam pokaźną sumę? Niegdyś wiadome było, że to człowiek „sztywniak” garnitur, elegancja Francja. Dziś, niestety, uległo to zmianie. Owy „bileciarz” ubrany jest jak normalny, zwykły przechodzień. Wsiadając do autobusu, kasuje zwykły swój bilet, po czym wyciąga swoją magiczną plakietkę, wywołując alarm na pokładzie słowami: BILECIKI DO KONTROLI. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko mieć głowę na karku, kupować bilety, kasować je i delektować się możliwością dogodnego przejazdu.
Tarkoś
|